Pesmi v poljščini
Klemen Pisk – Tych kilka słów
Tłum. Marcin Mielczarek
GITARA
Naga jesteś tak kraciasta, wykrochmalona eksplodujesz plazmą dźwięków,
w tobie są zbudowane świątynie, dotykane progi, zasadzone palce, dotyk,
dotyk ognia, czczę cię, ponieważ jesteś szalona i muzykologicznie piękna.
Hrabina sensu, gruszka uprzejmości, pełznąca po parkiecie
roztrzaskujesz się i idziesz do naprawy, nastrojona spoczniesz jutro
serdecznie na scenie. Przez instalację pełną drutów wołam cię w gorgonzolowy
poranek, tańcząca nogo, chcę sobie przeszczepić twoje serce. Aksamitnie
patrzymy na siebie, twoje szatańskie kształty trwają w zaokrąglonej napiętości,
zmiąłbym cię jednym ruchem ręki, w powietrze uniosłyby się histeryczne wióry,
nigdzie nie ma twojego jedwabiu, zasadzonego w moich paznokciach, pasożyty wkradają się
między nas, kornik drukarz wywija kontrabasem, gnidy robaków gryzą
drewnianą przegrodę. Z tobą chcę przeminąć, po wszystkie struny, amen.
Z NOTATNIKA ARKTYCZNEGO AWANTURNIKA
Zasyp mnie, śniegu, zapędź się we włosy na mojej piersi,
Aniele Stróżu, zerknij na mnie, chroń mnie przed brzóskowaniem.
Kumie lisie polarny, wyskub mi pierze, zgól złote runo
na brodzie, przyrządź sobie zupę z moich kości, żebyś syt
położył się pod zmarzniętą ziemię. Panie morsie,
właśnie ty, niezgrabny zębaczu, który gramolisz się powoli
jak narkotyczny słoń i chorujesz na łuszczycę,
wiedz, że nie jesteś bohaterem psychodelicznej pieśni, lecz tym,
którego trzeba uśpić i założyć obrożę
z numerem seryjnym.
Zdziczały foki, zamarzły morza, podniosły się
niskie warstwy obłoków. Wiatr pocałował popękane usta,
pogodzone jak w bajce z chłodnym losem, księżyc krzywoprzysiężca
świecił nad moim igloo.
Ten kto nocą, dniem bywa osamotniony, ten kto słyszy
ten głos w pustym poranku,
niech na starym papierze narysuje list gończy za niedźwiedziem.
Potem zaskrzypi mu pod nogami,
w małym palcu zakłują go ostre raki.
FETYSZ
Masz na sobie forte białą bluzkę, spod której prześwituje
andante uszyty staniczek, szkarłatny jak kardynalska czapka.
Dżinsy z przydechem Gershwina, buty w stylu lekkiej
canzony, wzór pończoch kakofoniczny. Spróbuję
nastroić guziki i uwolnić je od napięcia, zagrać
na fujarce stanika, muszę tylko zbliżyć się do niej zębami.
Rozbrzmiewa w ostrych tonach a potem łagodnieje, uchyla się;
jedwabnikowa bielizna z westchnieniem opada na bębny. Twoje
piersi – kręgi kwint, pośladki – kadłub sitara, staccato twarde
brodawki – szkockie dudy. Rozebrana, w kroczu jesteś
pizzicato ostra. Bawię się twoim flażoletem –
w różnych modusach staram się znaleźć odpowiednią pozycję.
Przyjdę, nastrojony w dur, a odetchnę w mol.
Będziemy się saksofonować.
DO CZESKIEJ KURWY
Twoje piersi są spiczaste jak Karkonosze, jędrne jak krótkie
zdania, twarde jak stalowi mężczyźni z ”Sokoła”,
rozwinięte jak czeska gospodarka, kipiące radością jak Józef Szwejk
albo jak moszcz w morawskich piwnicach, bujne
jak zieleń w Petřinie, soczyste jak język Hrabala,
witalne jak długodystansowiec Zatopek, obfite jak porcja
knedlików, piękne jak czeska miss ’96, akuratne jak figurki
Sąsiadów, dochodowe jak Eva Herzigova, niezawodne
jak bramkarz Hašek i gorące jak Jan Hus na stosie.
WYWROTOWIEC
Zamykam izbę; w niej są ukryte kokardy,
tekst Marsylianki i moja stara jakobińska
czapeczka. Jest zakurzona i źle mi będzie bez niej,
ale jeśli ją wyrzucę, pozbędę się
sentymentów. Niezwykle odzywa się ptak szybujący
w kierunku litewskiego hrabstwa. Pluję trzykrotnie w ogień,
gaszę świeczkę, wychodzę na zamkowy dziedziniec,
gdzie dosiadam konia. „Wiśta, wiśta!”
spinam swojego rączego rumaka i już
lecimy mijając rozbójnickie posterunki, jak rycerz
i giermek, gotowi na wszelkie przygody.
Z naprzeciwka nadjeżdża dorożka – skąd niby mam
wiedzieć, że sam jaśnie pan, cesarz jeździ
w okolicy – a ja nakładam maskę i wyciągam
ostry kindżał. Wolność wgryza się w noc,
gdy ktoś zawoła: republika, gdy się intymność
rozwieje przez bagniste rowy, gdy zatrzyma mnie
nocna straż Rembrandta (pieniąca się w porannej
mgle), gdy błoto zabulgocze: stracę głowę...
LIST DLA SPÓŹNIONEJ JESIENI
Pewnego deszczowego dnia poszedłem do miejskiej biblioteki
z zamiarem przeczytania jakiejś ciekawej gazety
z zeszłego stulecia. To mój ulubiony konik
- naprawdę lubię dotykać tego żółtego papieru i
uwielbiam jego przenikliwy zapach, w którym zbiega się
cała historia. Tam żyją nowe idee, tam cała teraźniejszość
ustępuje przeszłości i zapomina o wydarzeniach,
które już miały miejsce.I wtedy, kiedy zatapiam się w prze-
szłość, wydaje mi się, że odzywa się we mnie Pieczorin,
ten „bohater naszych czasów”, którego Lermontow stworzył
w ten sam sposób, jak Bóg stworzył człowieka – na swoje
podobieństwo. Jednak Lermontow i Pieczorin
skończyli (wiadomo jak) i zostawili wszystko za sobą nad sobą.
Czasem wydaje mi się też, że fantazja
i rzeczywistość zjednoczyły się we mnie bo nie mogę już
rozróżnić tych dwóch światów. Idę
drogą, pogwizdując nieznaną melodię, i myślę,
że jest jednak we mnie coś ludzkiego, coś, co sprawia
że jednak jestem ziemską istotą, a nie kosmicznym
zwyrodnialcem.
ŚMIERĆ DZIADKA
Dobiegał rok 1994 i był majowy poranek
zorza pomieszała kolory na palecie malarza,
a ja usiadłem na ogrodowej ławce i wykuwałem poranne wersy.
Mój samotny rodzinny ojciec zapatrzył się we własnego ojca,
jak zmarszczył wysokie praczoło i w ostatnich
westchnieniach powtarzał ważne przysłowia.
A kiedy umarł, została po nim ptasia tęsknota, sądne dni,
srebrne rzymskie monety po dziesięć asów lub cztery sesterce,
pojawiły się sprzeciwy sumienia na kazirodczych ustach
i egzystencjalny kryzys ciotki.
A ja nie interesowałem się takimi perypetiami,
dalej siedziałem na ogrodowej ławce i wykuwałem wersy.
Poezja to mimikra, kryjówka nierozsądnych proroków.
Jak niejadowita mucha poeta ukrywa się w jej żywych barwach
i wersami na odległość broni się przed poetyckimi chochlikami.
ZORGANIZOWANA KOSZULA
Srebrzysta tkanina w jednostajnym rytmie
oznajmiała nadejście wymięcia, którego blacha
wyginała się we własnym krzyku. Milutka, lecz bezmyślna
była melodia, która doprowadziła do godów pikowego
asa z guzikiem przy mankiecie. Dał się słyszeć oddech krawata,
zawiązanego według surowych reguł, wszystko było określone
sztywnymi wzorcami, których nikomu nie wolno było łamać. Wzdłuż
kołnierzykowej twardości biegły ślady dotyków, wielokrotnie
zatrzymywały się tutaj ręce żelazka i penetrowały
ubrudzoną sadzą bawełnę. Przechodniom zrobiło się
słabo i rzygając w kratkę zaczęli się zbierać
w uporządkowaną całość, którą objęli liniową bielą.